Żyć na Malediwach

O Jezu! Ale Ci super! Ale Ci zazdroszczę! Ale Ci się udało! Szczęściara! - słyszę i czytam co chwilę. Po pierwsze - to NIE udało mi się, a sama sobie doprowadziłam do tego, aby tu mieszkać, żyć i tak dalej, a po drugie - przekonajmy się, czy rzeczywiście mi tak super.
Jak już nie raz i nie jednemu z Was trułam, że kiepsko mam tu z jedzeniem, bo wszystko nafaszerowane jest rybą, a chili wykręca mój pysk - co ja więc tutaj jem? No panie nie ma letko. Wszędzie dookoła ryba z rybą, ryba sama, ryba w curry, ryba z ryżem .... pyszna rybka, którą wszyscy tu tak podobno uwielbiają. Przyznaję się, że jedyną potrawą, jaką jestem w stanie przełknąć i o dziwo zażeram się nią wręcz - jest zielone śniadanko Mashuni, ale własnie tylko w wersji z liśćmi kapusty. W tym tradycyjnym za bardzo trąci tuńczykiem .... wprowadziłam do zestawów śniadaniowych oczywiście wersję zieloną, żeby sama na tym skorzystać co ranek :-) Ale nie wydajecie się być tym faktem zmartwieni (wiem, że niejednemu z Was pociekła teraz ślinka). A co zrobić, kiedy nie ma turystów, albo akurat nikt nie zamawia zielonego? Trzeba znaleźć kogoś, kto mi je zrobi, najlepiej udać się do restauracji - proste. Proste, ale nie tu. Tu życie zamiast sobie ułatwiać, ludzie sobie utrudniają. Idę do knajpki, zasiadam, wołam zielone - oczywiście nie da się, bo nie mają liści. Jeden, drugi, piąty dzień z rzędu - nosz kuźwa! Zrobią i owszem, ale muszę przynieść sobie sama zielone liście, bo oni nie mają teraz czasu. Proste! Liście rosną w co drugim domu, na pewno mi ktoś odsprzeda. Idziemy. Szukamy. W sklepie oczywiście nie ma. Jedno domostwo - dzisiaj  nie zrywają, bo pryskali czymś wczoraj i te liście się nie nadają. Drugie domostwo - teraz pani czyta Koran i ani nie drgnie, kiedy wołamy przez otwarte do domu drzwi. Kolejny dom - jest za gorąco, nie można teraz zrywać, bo umrze cała roślinka! Teraz za ciepło, potem za ciemno, jutro pryskane, potem podlewane i sie tak człowiek raz drugi smakiem obejść musi. Płaczu przy tym ile, bo nie dość, że niewiele  jest rzeczy, które jestem w stanie tutaj zjeść, jak już znajdę sobie wsród lokalnej kuchni coś, co faktycznie mi smakuje - NIE. Nie bo nie. Zapowiadaliśmy wiec wieczorami, że jutro zjawię się na zielonym śniadaniu, obiedzie i kolacji (nie, ciągle mi się nie znudziło) wiec prosimy o zorganizowanie zielonych liści kapusty. Albo sami organizujemy to od jednego kolegi, to od drugiego, obowiązkowo, nie ma to tamo, człowiek jeść coś musi. I niech będzie to smaczne. A jakie potrójne porcie teraz dostaję!



Odkryłam coś nowego, co może przynajmniej na obiad, zastąpić mi zielone śniadanie. Pizza! Jest jedna restauracja na wyspie, która ją serwuje. Pieką po południu i sprzedają na kawałki. Biorę na smak - jak na te warunki - pizza super. Nie z rybą a z wołowiną, nie aż tak ostra. Extra, będzie na zmianę. Rzecz jasna, byłoby za piękne, gdybym nagle tylko ja wyniuchała smaczną pizzę. Dzień, dwa jest tylko dla mnie, a na 3 dzień przychodzę i doznaję szoku, kiedy słyszę NIE MA, bo przecież skoro tak uwielbiają wszyscy rybkę, dlaczego znika pizza z wołowiną? Skoro znika w trymigach, dlaczego robią tylko jedną? Wpadam na genialny pomysł - zamawiam jedną tylko dla siebie. Jest! Wchodzi gotowa, ląduje pod ladą - przyjdę wieczorem. Wracam wieczorem, okazuje się, że zmieniła się zmiana i PIZZA ZOSTAŁA SPRZEDANA! Bo nie wiedzieli. Przytopić to mało, zaś z płaczem i głodna, wychodzę z restauracji. Leje na was i waszą pizzę. 
Dwa dni później dowiaduję się, że dzień po tym, jak sprzedali w niewiedzy MOJĄ pizzę, znów upiekli ją dla mnie, dla mnie i tylko dla mnie .... ale zapomnieli mnie o tym fakcie poinformować i pizza została pod ladą. Komentować chyba nie trzeba. Dziś dzwonimy i zaklepujemy pizzę pod ladę, 3 kawałki, 5 , czasem całą. 


Co zrobić, kiedy nie ma liści, a pizza została sprzedana? Trzeba znowu znaleźć coś wśród lokalnej kuchni, co będzie bez ryby, nie ostre i choć trochę będzie mi smakowało. Wśród snaków - popołudniowych przekąsek, w gablocie odnajduję takie, które nie są z rybą. Jako jedyne, sama kapusta, jajko i jakieś przyprawy. Usmażone na głębokim tłuszczu. W smaku przypomina trochę krokiety - super, mam następną alternatywę. Mam jeszcze kilka torebek czerwonego barszczu, przywiezionych przez moich gości. Biorę torebkę ze sobą i parzę na miejscu. Dzień drugi. Wchodzę, gablota aż się ugina od snakowych przekąsek, okrągłe, jasne, ciemne, kwadraty, szukam krokietów, a krokietów niet. Dlaczego krokiety z kapustą znikają jako pierwsze, skoro wszyscy tak podobno uwielbiają RYBĘ?!? Dlaczego znowu, kiedy znalazłam tu coś dla siebie, znowu kurwa znowu tego tylko akurat brakuje ? Czemu smażonych jest tysiąc rybnych trójkątów, kółek, sześcianów, stożków a krokietów z kapustą najmniej ? Czemu wszyscy łapią za pizzę i krokieciki, skoro tak uwielbiają rybę ?!? Dochodzę do jednego wniosku: jedna wielka ściema. Jedzą rybę, bo najłatwiej dostępna, bo najtańsza, a aż się uszy rzęsą na inne jedzenie. Z parówek i topionego sera oraz frytek, robią rarytas dostępny tylko dla wybrańców. Nie ogarniam logiki, bo cenowo wcale nie wychodzi więcej, niż ryż i codziennie ryba. Ryba w curry, ryba sama, ryba z rybą. Dlatego wszyscy spieprzają z domu do knajpy i wyjadają mi krokieciki. Oszukujcie się dalej, ja już znam prawdę. Raz, drugi, trzeci wychodzę z płaczem z knajpy, bo albo wyjedzone, albo DZIŚ nie zrobili, bo kapusty brakło. Żeby było jasne - nikt nie robi tego złośliwie, przeciwnie - bardzo chcą, abym znalazła cokolwiek w ich kuchni, co będzie mi smakowało, ale myślenie tutaj boli. Skoro jest popyt powinna być i podaż, ale nie. Róbmy taśmowo, zróbmy 1000 trójkątów z rybą aby 500 wypieprzyć, a krokietów 30 żeby 500 osób się pytało czy jeszcze są. 
Krokiety i pizza, kiedy się pojawiają - chowane są dla mnie pod ladę, z uśmiechem i dumą wyciągane i prezentowane, kiedy pojawiam się w restauracji. 



Dostałam bukiet zielonych liści kapusty :-) Nauczyłam się robić Mashuni sama i wychodzi mi najpyszniejsze na świecie! Wszyscy teraz mogą cmoknąć mnie w trąbkę


Malediwy. Kraj, w którym przez cały rok jest lato, temperatura nie spada poniżej 28 stopni, słońce świeci przez 3/4 roku. Kraj, w którym rośnie mnóstwo słodkich owoców, gdzie w sezonie gałęzie uginają się od mango, banany rosną w każdym ogródku. W ogródkach rosną także papaje, ananasy, wodne jabłka, arbuzy, a w sklepach dostępne są .......... importowane jabłka i pomarańcze. Nie w jednym, we wszystkich. Bo jeden sklep ma, to wszystkie 10 sklepów musi mieć to samo. "Bo nikt innych owoców nie jada" - słyszę. A widzę zupełnie coś innego. Widzę ten handel i czarny rynek, jak na mango prosto z krzaka trzeba zapisać się w kolejkę (ja dostaję od ręki, płacę za nie grubą kasę, ale warto), jak przywiezionych 50 arbuzów z wyspy obok, gdzie jest plantacja - rozchodzi się z łódki w ciągu 2 godzin. NIE - sprzedawajmy w sklepie jabłka i pomarańcze importowane, bo nikt innych nie lubi. Myślenie jednak boli. 
Dziwny  jest to naród, nie da się ukryć. Dlaczego zatem ciągle tu jestem, skoro tyle rzeczy mi nie pasuje? Bo bilans zysków i strat jest oczywisty. Jedzenie zawsze można jakoś ogarnąć ze łzami w oczach nie rzadko, ale suma sumarum nie idę spać głodna. Gotować sobie też oczywiście mogę, ale z czego? Z ryby i ryżu? Poszukiwania liści, zaklepana pizza i krokieciki spod lady i jakoś to będzie. Wkurwienie przechodzi dość szybko, wystarczy, że przejdę się po wyspie. 


Lubię patrzeć na tańczące palmy 


I te stojące na baczność 


I tą wodę w porcie, która ma kolor jak nigdzie






I plażę, z kopczykami krabów 





I łódkę przy plaży, którą mogę fotografować tysiąc razy dziennie i nigdy mi się nie znudzi



I plażę i palmę, która zawsze tu stoi i z dnia na dzień piękniejsza





Mogę patrzeć na sąsiednie wyspy


Mogę obserwować, jak poziom wody rośnie i maleje - sank bank przy porcie pojawia się lub jest cały pod wodą


I znów mogę fotografować palmę


I zaglądać ludziom do ogródków, co tam ciekawego teraz posadzili i u kogo szukać zielonych liści



Uwielbiam liście bananowca, soczystą zieleń kontrastującą z błękitnym niebem 






Papaja





Mogę bezkarnie i bez limitów jeździć gdzie chcę. Mogę szlajać się po pięknych plażach. Mogę fotografować bez limitów, mogę wracać tam myślami i fizycznie. Kiedy tylko chcę. 






Mogę patrzeć na turkusową wodę do woli. Pod wodą i nad.


Mogę patrzeć, jak nadchodzące z dwóch stron fale rozbijają się o siebie


Mogę chodzić mokra, nie muszę się malować


Mogę zbierać i focić muszelki




Mogę siedzieć pod baldachimem, przez samą siebie zrobionym 


Mogę taplać stopy w białym jak mąka piasku i siedzieć w cieniu palmy



Mogę patrzeć na rajskie widoki, kiedy tylko chcę 



Mogę rozstawiać swój niebieski parasol, gdzie mi się tylko podoba 


Mogę snorklować. Mogę odkrywać podwodny świat, gdzie chcę i kiedy tylko chcę.




Mogę szukać żółwi i mogę je odnaleźć. A potem mogę je bezkarnie filmować i patrzeć jak dryfują na fali


Mogę odkrywać kolejne gatunki ryb




Mogę wypatrywać eagle rayów, a jak już wypatrzę, zawsze widzę ich 3


I miliony kolorowych ryb. Wszędzie



Mogę być dumna, kiedy pierwsza wypatrzę żółwia





Mogę patrzeć na płaszczkę z bliska




Uwielbiam stada niebieskich rybek


oraz moje żółte płetwy


Lubię eksperymentować ze zdjęciami, a jeszcze bardziej lubię kiedy wychodzą takie, jakie chciałam 

















Lubię baby sharki, bo są słodkie i malutkie, a buzie mają, jak duże groźne rekiny



Mogę wypatrywać Nemo i próbować zrobić mu zdjęcie. Skubany  niestety za szybki



Mogę odkrywać bezludne wyspy i zachwycać się ich dziewiczym pięknem 








Mogę śledzić kraby i patrzeć godzinami, jak kopią swoje domki w piachu






Uwielbiam patrzeć na wyspy z poziomu wody





Mogę patrzeć na delfiny, ilekroć mijają naszą łódkę 
(Proponuję zaczekać do 1:11 i wyłączyć dźwięk, bo kiedy kamera ląduje w wodzie, "troszkę" szumi, bo szybko płyniemy)



Mogę pławić się w luksusach za darmo, w miejscach, gdzie inni płacą grube pieniądze











Mogę. Bezkarnie i na legalu. Do woli






Mogę patrzeć na najpiękniejsze na świecie zachody słońca


















Czy rzeczywiście jestem szczęściarą ? Czy faktycznie, jest czego mi zazdrościć? Czy naprawdę mi się tak udało? Wiem jedno - ja sama sobie zazdroszczę. I każdy z Was, kto zdecyduje się na wakacje ze mną, ma szansę poczuć się tak samo.